czwartek, 4 października 2012

"Rio Anaconda" -Wojciech Cejrowski



       W swoim życiu przeczytałam bardzo wiele książek. I były to różnego rodzaju publikacje. Począwszy od pozycji stricte naukowych, poprzez poezję, prozę, a skończywszy na literaturze mniej ambitnej. Jednakże nigdy nie fascynowały mnie książki typowo podróżnicze. Można powiedzieć, że wzbraniałam się przed nimi. Dziwne? Owszem. Być może spowodowało to jakieś uprzedzenia. Sama nie wiem. W każdym bądź razie wolałam sama podróżować i zwiedzać niż o tym czytać. Ale jak to bywa, nie zawsze mamy możliwość zobaczenia całego świata. Wtedy jesteśmy skazani na to, co o innych krajach piszą inni w książkach, czasopismach.

       Od opisów krajobrazów wolałam opowiadania na temat kultury, zwyczajów danego kraju, regionu. Według mnie to jest największym wyznacznikiem specyfiki i oryginalności danego regionu. To człowiek w dużej mierze przyczynia się do tego, jak postrzegamy dany region. I książki Cejrowskiego są pod tym względem idealne. Pokazują zwyczaje ludności głównie Ameryki Południowej. Jak trafiłam na publikacje tego pana? Przez przypadek. Najpierw natknęłam się na autorski program Cejrowskiego w TVP2 „Boso przez świat”, w którym pokazywał kulturę, zwyczaje Indian w bardzo interesujący sposób. Jeśli Ty, drogi Czytelniku, widziałeś jego programy to wiesz, o co chodzi.

      Udało mi się dotrzeć do dwóch pozycji tego kontrowersyjnego podróżnika. Pierwszą, którą przeczytałam była „Gringo wśród dzikich plemion”, drugą „Rio Anaconda”. I właśnie tą ostatnią chcę zrecenzować. Już widzę zdziwione miny osób, które to czytają. Dlaczego akurat „Rio Anaconda”, skoro ta pierwsza jest mniej obszerna? Wtedy byłoby mniej do roboty. Otóż odpowiedź jest prosta – Według mnie jest ona o wiele bardziej interesująca niż ta pierwsza. Na to moje zainteresowanie miała wpływ także objętość tej książki. Myślę, że to dość zrozumiałe.

          Na początek przybliżę krótko postać autora, chociaż przypuszczam, że wiele osób ją zna, ale to wcale nie znaczy, że darzy Cejrowskiego jakąkolwiek sympatią. Jest to osoba bardzo kontrowersyjna. Swoimi poglądami na życie i wypowiedziami wywołał niejedną burzę w mediach. Niektórzy go kochają, inni nie znoszą, nienawidzą. Ale przejść obojętnie obok pana Cejrowskiego raczej się nie da. Niejednemu zalazł za skórę. Jednak w swoich książkach podróżniczych jest tylko odkrywcą, odgrywa postać drugoplanową, narratora, który opowiada. Głównymi bohaterami są Indianie. W jego książkach nie ma śladu tej kontrowersyjności pana Wojciecha. Z resztą przekonajcie się sami.

Posłuchajcie…”
Tak właśnie autor zaczyna swoje opowieści i w „Rio Anaconda” i w „Gringo wśród dzikich plemion”. Tym sposobem przykuwa naszą uwagę.

            Od czego by tu zacząć, żeby niczego nie pominąć? Najlepiej chyba będzie, jeśli zacznę od tego, co mi się nie podobało. A było tego niewiele. Tyci tyci, tyciusieńko. Irytujący był fakt, iż autor często miesza różne wątki – w jednym momencie opowiada wydarzenia, jakie działy się przed dotarciem do wioski Indian, a na kolejnej stronie jesteśmy już w wiosce ostatniego Szamana Plemienia Carapana. Jak się potem okazało był to efekt zamierzony przez autora, niemniej mnie on strasznie działał na nerwy. Drugi, a zarazem ostatni minus, jaki zauważyłam to fakt, iż po przeczytaniu książki, nie daje ona o sobie zapomnieć. Powstaje wrażenie, że skończyła się ona za wcześnie ( pomijam fakt, że liczy ona 435 stron!). I pojawia się rozczarowanie. A kolejnych powieści nie ma. I wszystko wskazuje na to, że trzeba będzie na nią czekać długo (Aghrrr…). No, chyba, że ktoś jeszcze nie czytał „Gringo(..)”, ale osobiście nie polecam takiej kolejności.

        Być może to, że książka nie ma konkretnego adresata świadczy o jej ogromnym sukcesie. Jest odpowiednia dla każdego – młodego, starego, małego i dużego.. Prosty, jasny język, jakim jest napisana sprawia, że nadaje się nawet do czytania dzieciom przed snem. No.. Może poza drobnymi wyjątkami.

             Książka podzielona jest na 9 części – Początek, Część 1, która nosi nazwę Księga Słońca, Część 2 (Księga Błota), Część 3 (Księga Mgły), Część 4 ( Księga Dymu), Część 5 (Księga Strachu), Część 6 (Księga Magii), Część 7 (Księga Szeptów) i Część 8 (Księga Powrotu). Dlaczego wymieniam po kolei nazwy Ksiąg? Są one pewnego rodzaju granicami, które po kolei przekracza autor podróżując coraz dalej, na Dzikie Ziemie. W książce znajdziemy jeszcze brązowe strony. Umieszczone są na niej różnego rodzaju zwyczaje Indian. Cejrowski opisuje m.in. na nich, czym dla Indian jest śmierć, jak wygląda ich życie seksualne, kim jest szaman, a także przybliża nam specyfikę „kuchni” indiańskiej (z czego robiona jest chicha, do czego służą liście koki, co to jest kassawa itd.).

           Początek, Księga Słońca i Księga Błota opowiadają o wędrówce w stronę dżungli. Autor relacjonuje Czytelnikowi przygody, jakie go po drodze spotykają, gdzieniegdzie wtrącając jakieś anegdoty z innych wypraw. To jest ten moment, kiedy czytanie stawało się bardzo irytujące, gdyż można było łatwo zgubić wątek. W Księdze Mgły spotkamy Indian za Drugą Kataraktą. To jeszcze nie są Dzicy, gdzie podąża nasz bohater. Ale dowiadujemy się wielu istotnych rzeczy o Indianach i o ich Szamanie. I powoli dowiadujemy się o tym, „..jak myślą Dzicy i warto o tym pamiętać.” W Księdze Dymu poznajemy niektóre, ze zwyczajów Indian, a także to jak postrzegają gringo na przykładzie naszego narratora. Ten wątek może bardzo zainteresować wszystkich nieprzychylnie nastawionych do bohatera, gdyż zostaje on dość mocno, hm, obnażony. ;) Nie będę zagłębiać się w szczegóły i odsyłam wszystkich zainteresowanych do książki. Księga Strachu, Magii, Szeptów to opowieść o ostatnich Dzikich na ziemi. Nasz bohater trafia za Trzecią Kataraktę, gdzie znajduje ostatniego Szamana Plemienia Carapana. Te części niektórzy z was mogą czytać z pewnym niedowierzaniem i zdziwieniem, gdyż to, co się w nich znajduje nie da się wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób. Spotykamy się tam z magią, czarami, które często wykraczają zdecydowanie poza nasze racjonalne rozumowanie. Jednak my, gringos, możemy się z niej dowiedzieć wielu dających do myślenia rzeczy.

         U Indian jest Pachamama, u chrześcijan Bóg. Być może te stwierdzenia są nam wszystkim znane, być może kiedyś każdy się nad tym zastanawiał, jednak nas białych od Indian różni jedno – my się sporo nauczyliśmy w szkole. Indianie nie mają wykształcenia, do wszystkiego muszą dochodzić sami, uczą się mądrości, która nam jest przekazywana w szkole. Czy powyższy fragment was nie przekonuje, że Dzicy (a dokładniej najbardziej wykształcony w wiosce, czyli szaman) dorównują inteligencją białym? Ja będę twierdzić, że niewykształcony Indianin może być o wiele inteligentniejszy, może posiadać o wiele więcej wiedzy zdobytej doświadczeniem niż wykształcony gringo. I tego będę się trzymać.

     Zdaje się nie wspominałam nic o ostatniej księdze, Księdze Powrotów. Jak się domyślasz, drogi Czytelniku, znajdziesz w niej odpowiedź, jaki sposób nasz gringo wrócił do domu, co szczerze mówiąc graniczyło z cudem. Nikt nie przypuszczał, że wyjdzie z tego cało. No, ale cuda czasami się zdarzają.

        Obok wątków, które sprawiają, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad pewnymi rzeczami są takie wątki, przy których nie sposób nie wybuchnąć śmiechem. Ja nie raz, czytając tę książkę w pociągu wybuchałam dość głośnym śmiechem, co było przyjmowane przez moich współpasażerów dość znaczącymi minami.

        Często wypowiedzi są raczej monologami naszego autora, niż dialogiem. Ale tacy są już Indianie i warto o tym pamiętać.

           „Rio Anaconda” Cejrowskiego jest pewnego rodzaju przewodnikiem po świecie, obyczajach Indian i po dżungli. Bo poruszanie się po dżungli, gdzie czyha bardzo wiele niebezpieczeństw też jest nie lada wyczynem. A tego żaden gringo nie potrafi.

           Z tych wszystkich informacji Indianie jawią się jako bardzo poważny naród, bez poczucia humoru. To także jest bardzo błędne myślenie. Bo poczucie humoru to oni mają. I dorównują tym niejednemu Polakowi.

         Na koniec warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz- przypisy tłumacza. I często też przypisy autora do przypisów tłumacza ;-) Wyjaśnić muszę od razu, że tłumaczem jest pani Helena Trojańska jednak, jak się dowiadujemy dalej Heleną Trojańską jest sam autor, czyli Wojciech Cejrowski. Spytasz, drogi Czytelniku dlaczego tak? Cóż do tej pory tego nie rozumiem i pojąć nie mogę. Być może chodzi o to, że wyglądałoby to dziwnie, gdyby autor kłócił się z samym sobą. Jak taka polemika wygląda?

         Te konfrontacje na linii Autor – tłumacz nadają książce oryginalności. Nie spotkałam się wcześniej z taką polemiką. Dlatego też jest to kolejny plus za pomysłowość.
   
         Tak jak autor zauważa, być może czytamy ostatni raz na temat ostatniego plemienia Carapana. Bo kto wie, kiedy na te tereny trafi biały człowiek i „ucywilizuje” Indian. Wtedy pamięć po rdzennych mieszkańcach Ameryki pozostanie na kartach książki. A kolejne pokolenia będą mogły sobie wyobrażać, że kiedyś ktoś taki żył.

          Dzicy – Nie Dzicy. Nie mniej inteligentni od nas, a czasami przewyższają inteligencją nie jednego gringo codziennie walczą o przetrwanie w dżungli, gdzie biały człowiek zginąłby już po kilku pierwszych metrach. Dlatego warto przyjrzeć się tej książce. I dlatego też wydaję nad nią tyle ochów i achów.

         Na koniec czas przyjrzeć się oprawie książki. Okładka przykuwa uwagę. Zdjęcie Indianina na tle brązowej okładki. Mnie takie zestawienie się bardzo podoba. Oryginalne barwy, które idealnie pasują do gatunku książki. Czcionka jest czytelna, oczy przy czytaniu się nie męczą. Dodatkowo autor stosuje różnego rodzaju zabiegi, które mają przykuć uwagę czytelnika – a to większa czcionka, albo charakterystyczne wytłuszczenie wyrazu czy też podkreślenie kursywą słów, które są dość ważne. Grubą czcionką autor pisze swoje komentarze do każdej z części – wprowadzenie. Całość dopełniają zdjęcia, które są znakomitej jakości i naprawdę robią wrażenie. Pomagają oddać prawdziwe wyobrażenie o Indianach i ich kulturze i sposobie bycia.

         Nigdy nie byłam dobra w pisaniu recenzji. I nigdy nie gustowałam w książkach podróżniczych. Być może teraz się pogrążę, ale przy książkach Tonyego Halika po prostu się nudziłam. Męczyłam się przy czytaniu. Ale przy powieściach Cejrowskiego nie da się zasnąć, dlatego też mogę z czystym sumieniem polecić tą pozycję wszystkim, którzy nie lubią czytać o podróżach. Gwarantuję, że będą chcieli więcej. Tak jak ja. I czekam na kolejne części. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Tytuł: Rio Anaconda
Autor: Wojciech Cejrowski
Wydawca: Bernardinum
Data: 2009

Moja ocena 5/5
          10/10

4 komentarze:

Karolka on 9 października 2012 11:09 pisze...

Ja też zbytnio nie przepadam za książkami podróżniczymi, ale w tym akurat przypadku mnie zainteresowałaś. Muszę sięgnąć po tą książkę.

Mery on 16 grudnia 2012 10:00 pisze...

Ja mam troszkę inny problem, Gringo był moją pierwszą książką podróżniczą. Zachwyt gwarantowany, potem "Rio Anaconda" - jeszcze większy. Idąc tym tropem sięgałam po książki Wojciechowskiej, Pawlikowskiej, Kingi Choszcz, Fiedlera, Kreta i daleko im do nich było. Żadna nie miała szans, w porównaniu z ksiązkami Cejrowskiego. Co prawda "Moje Indie" jeszcze czytałam z dużym zainteresowaniem, lecz już nie takim jak pana Wojciecha (co jest całkiem zrozumiałe). Lecz już np. Kinga Choszcz ze swoim "Prowadził nas los" nie jest lekturą aż tak porywającą. U niej najbardziej porywająca jest historia, sposób narracji już gorszy... Zapewne, gdybym nie znała książek Cejrowskiego, podeszłabym do nich o wiele lepiej.

Tak jeszcze dodam (chociaż pewnie już wiesz), że na rynku mamy jeszcze wznowienie "Podróżnika WC", które niestety odbiega trochę od swoich następczyń, chociaż cały czas utrzymuję, że to również świetna książka podróżnicza.

Ewelina Wawrzyniak on 16 grudnia 2012 17:36 pisze...

Tak, ja miałam ten sam problem. Zaczęłam od książek Cejrowskiego i faktycznie inne im nie dorastają. Do przeczytania czeka Pawlikowska i Wojciechowska, której nota bene nie trawię, ale mam zamiar zobaczyć co tam wymłodziła. Tak, wiem,że jest wznowienie Podróżnik WC i nawet je posiadam, ale Gringo i Rio są o wiele lepsze.

Mery on 18 grudnia 2012 16:53 pisze...

Niestety, u Wojciechowskiej miłe były jedynie zdjęcia (przynajmniej w Kobiecie na krańcu świata) i jakieś poszczególne opisy. O wiele lepsze zrobiła na mnie jej książka "Etiopia! Ale czat!". A Pawilkowska? Czytam właśnie, powolutku, daleko jej do Cejrowskiego, ale i tak lepsza jest niż w swoich dziennikach z podróży.

Prześlij komentarz

Jeśli już tu jesteś, zostaw po sobie ślad. :-)

 

Copyright © 2008 Green Scrapbook Diary Designed by SimplyWP | Made free by Scrapbooking Software | Bloggerized by Ipiet Notez